Lut 28

List do Generała Tworkowskiego – 6. Brygada Powietrzno-Desantowa:

Szanowny Panie Generale,

Niezmiernie wielką sprawił mi Pan niespodziankę i zarazem radość Pana listem, życzeniami, zaproszeniem, i pięknym albumem wspaniałej Polskiej jednostki bojowej, 6. Brygady Powietrznodesantowej im. Generała Sosabowskiego. Z wielką przyjemnością i jak najbardziej poczuciem uhonorowania, przyjmuję Pana Generała zaproszenie do odwiedzin 6. Brygady Powietrznodesantowej, a zwłaszcza na uroczystość Święta Brygady we wrześniu. Z pewnością tam się zamelduję do Pana Generała jeśli mi zdrowie na to pozwoli. W 79. roku życia nie zawsze wszystkie system zdają swój egzamin.
Ponieważ jestem niepoprawnym optymistą, zamawiam się na tę uroczystość.

Z Generałem Sosabowskim miałem przyjemność spotkać się dwa razy w Londynie, w Ognisku Polskim na Exhibition Road. Nie rozmawiałem z nim osobiście, lecz miałem przyjemność być w jego towarzystwie i wysłuchiwać jego opowiadań ze wspomnień kampanii „Market Garden”, w której, moja późniejsza, 101. Dywizja Spadochronowa, brała też udział.

Miałem również przyjemność i zaszczyt zapoznać osobiście dwóch Pana Generała poprzedników, Dowódców 6. Brygady Powietrznodesantowej,
śp. Generała Kwiatkowskiego oraz Generała Bieńka, który niedawno był u nas z wizytą w USCENTCOM w MacDill Air Force Base, Tampa, Florida.

Polecam się Pana Generała łaskawej pamięci, i kontaktu na przyszłość.

Z serdecznym żołnierskim i spadochroniarskim uściskiem ode mnie i od mojej Pani serca, wspanialej Poznanianki,

Krzysztof Flizak

P.S. W Załączniku ze  śp. Generałem Kwiatkowskim
i z Generałem Bieńkiem. Potrzebuję jeszcze mieć zdjęcie

z bardzo miłym i serdecznym, Panem Generałem Tworkowskim,
Dowódcą wspanialej, bojowej Brygady Powietrznodesantowej.

Czołem, Panie Generale!

Lut 24

„Nil desperandum” – wczoraj i dziś, Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk

Nie wystarczyło zabić generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Trzeba go było jeszcze w chwili śmierci upokorzyć, bo nie umierał jak oficer, od kuli przed plutonem egzekucyjnym, lecz na szubienicy, jak pospolity przestępca. Do dziś nieznane jest miejsce jego pochówku, żaden z uczestników zbrodni sądowej nie poniósł też kary, choć kilkoro z nich żyło jeszcze długo po roku 1990.


Jak co roku przypominamy w „Naszym Dzienniku” kolejną rocznicę śmierci gen. bryg. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” – zastępcy komendanta głównego Armii Krajowej, zamordowanego na podstawie „wyroku” wydanego „w imieniu Rzeczypospolitej” (!) przez sowiecki sąd w Polsce, złożony z funkcjonariuszy sądowych narodowości żydowskiej. Śmierć nastąpiła we wtorek, 24 lutego 1953 r., o godzinie 15.00 w więzieniu mokotowskim.
Trzeba tę śmierć stawiać nieustannie przed oczyma Polaków, ponieważ okoliczności „sprawy generała ‚Nila'” wskazują na wolę oprawców, by tę śmierć „celebrować”, by z niej uczynić ostrzeżenie dla tych Polaków, którzy w walce o „Świętą Sprawę” narodowej niepodległości nie wahali się przeciwstawić potężnej machinie kontroli, inwigilacji i deprawacji, budowanej dla umocnienia dominium sowieckiego w Polsce.
Pierwsze i najważniejsze z tych ostrzeżeń brzmiało: Polacy, porzućcie nadzieję. Liczy się tylko lojalność wobec Związku Sowieckiego. Nie będzie żadnych postaw „neutralnych”. Kto nie jest z nami, jest przeciw nam. Oto na waszych oczach zabijemy waszego generała, wybitnego oficera, wielkiego Polaka. I nie będzie miało żadnego znaczenia to, że był bohaterem konspiracji antyniemieckiej w czasie wojny. Umrze, ponieważ odmówił współpracy z władzą sowiecką w Polsce, a takich sytuacji ta władza nie toleruje.
Napisali w aktach sprawy, że „Nil” nie nadaje się do „resocjalizacji”, ponieważ już w roku 1920 „walczył z młodym państwem radzieckim”. Za to go zabili, a nie za rzekome akcje dywersyjne Armii Krajowej na tyłach wojsk sowieckich przeciwko tym wojskom skierowane. Przedtem pytali go w śledztwie, jaki jest jego stosunek do Związku Sowieckiego. Był zbyt dumny, by się tłumaczyć przed śledczymi w służbie sowieckiej. Powiedział, że jest do Sowietów uprzedzony po tym, co widział i przeżył. Nie nadawał się do „resocjalizacji” i do życia w państwie Bieruta. W państwie Gomułki też by się nie odnalazł.
Czytaj dalszą część wpisu »

Lut 20

Znakomicie udokumentowana księga Mieczysława Nurka opisuje porzucenie Polski przez rządy Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, długi i skomplikowany proces demobilizacji Polskich Sił Zbrojnych, wreszcie żołnierski (i nie tylko żołnierski) dramat wyboru: opór, emigracja czy repatriacja do kraju rządzonego przez komunistów.

Zacząć wypada od przypomnienia twierdzenia oczywistego i dość często – słusznie – powtarzanego, że Polska była pierwszym państwem, które powiedziało: „Nie!”, żądaniom ustępstw terytorialnych ze strony nazistowskiej Rzeszy Niemieckiej, że Polska była pierwszym państwem, które zbrojnie przeciwstawiło się agresji, że wojna zaczęła się w Polsce i o Polskę.

Przypomnieć również wypada, iż najwierniejszym aliantem w zwycięskiej koalicji pozostała Polska do ostatniego dnia II wojny światowej. Mówiąc o fenomenie udziału żołnierzy polskich w walkach na wszystkich frontach tamtej wojny, mówimy rzecz jasna także o fenomenie Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej.

W piątą rocznicę wybuchu wojny, 1 IX 1944 r. – w trzydziestym drugim dniu Powstania Warszawskiego, najkrwawszej bitwy w całej historii Polski – prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz w przemówieniu radiowym z Londynu mówił: „Pięć lat minęło od chwili, gdy Polska […] stanęła w ogniu walki, podjąwszy bój nierówny z wrogiem i stając się ponownie symbolem tych podstaw, na których oparła Polska swój udział w wojnie – umiłowania wolności, niezłomnej wierności zasadom i gotowości ofiary. […] Nasze głębokie umiłowanie wolności i niepodległości sprawiło, że nie tylko stawaliśmy zawsze do ich obrony, lecz że umieliśmy uszanować również to prawo dla innych. Dlatego też próżne były próby Niemców skłonienia nas do wejścia w orbitę ich planów zaborczych i do wspólnej wyprawy na Związek Sowiecki. […] Chcemy pokoju opartego na sile prawa, a nie na prawie siły, nie tylko dla siebie, lecz i dla całego świata”.

Czytaj dalszą część wpisu »

Lut 10

10 lutego 1940 roku – władze sowieckie przeprowadziły pierwszą wielką wywózkę Polaków w głąb Związku Radzieckiego.
Irena Łaźna mieszkała wówczas wraz z rodzicami i siostrami w Annopolu, niewielkiej osadzie polskich żołnierzy niedaleko Białowieży. Po 30 dniach jazdy w bydlęcym wagonie cała rodzina trafiła aż na Morze Białe, w pobliże Archangielska. Przeżyli głód, morderczą pracę ponad siły, nieludzkie warunki życia i brak słońca. Przez kilka lat pani Irena tułała się po obozach Dalekiej Północy, by wreszcie trafić do Charkowa, a później wrócić do Polski. Ale nawet tutaj, w rodzinnym kraju, pośród swoich, cień Syberii zebrał swoje żniwo…

Posłuchaj: „Cztery lata bez słońca” – reportaż Wiesława Szymańskiego

Lut 6

http://ekrantv.nowyekran.pl/post/1480,ronald-reagan-dziekujemy-panie-prezydencie