Lis 20

„Mój mąż chciał umrzeć za ojczyznę” – tymi słowami pani Benigna Dobrowolska rozpoczyna opowieść o swoim nieżyjącym już mężu: Kazimierzu Dobrowolskim, który jako młody chłopak zrobił wszystko, by dostać się do armii Andersa. Dziś, uwieczniony pędzlem malarza, lekko uśmiecha się z portretu wiszącego w warszawskim mieszkaniu państwa Dobrowolskich na Bielanach – jakby swoje życie, które zbiegło się z najtragiczniejszymi losami Polski i świata, wspominał z przekonaniem, że wypełnił swoje zadanie.

Pani Benigna mieszka na parterze, przed oknem ma mały ogródek, w którym co roku znajdują się świeże kwiaty, a w mieszkaniu mnóstwo książek, gazet, ramek ze zdjęciami wnuków i przeróżnych bibelotów, których wartość zna dziś chyba tylko ona – mały biały pluszowy kotek, stare kartki, obrazki, dzwoneczek, który wita swoim dźwiękiem wchodzących do kuchni. Zapytana, czemu ma on służyć, odpowiada: „Memento mori – pamiętaj o śmierci”.

Ma też radio i telewizor, ale nie do słuchania czy oglądania byle czego, aby tylko zabić ciszę lub nudę. Pani Benigna ma swoje wybrane audycje, programy i filmy, którym poświęca uwagę. Kiedy przychodzę porozmawiać o jej mężu, jest właśnie pochłonięta oglądaniem „Syzyfowych prac”. Z chęcią do niej dołączam. Niespodziewanie przeszkadza nam listonosz, ale na szczęście jest już po „Reducie Ordona”. Listonosz pozostaje nieświadomy, jak bogate jest mieszkanie, którego progi przekroczył – bogate w ślady historii i to tej najchlubniejszej.

Po filmie pani Benigna z ożywieniem dźwiga opasłe teczki pełne dokumentów, zapisków, zdjęć i karteluszek, a potem opowiada, opowiada i opowiada… A jej opowieść jest jak skarbnica, którą jeśli się otworzy, to nie tak łatwo oderwać wzrok od bogactw.

***

Kazimierz Dobrowolski urodził się 2 stycznia 1928 roku w Płońsku, ale dzieciństwo i młodość spędził w Łomży, gdzie jego ojciec został zatrudniony do pracy w policji. W wieku 12 lat, po wkroczeniu Armii Czerwonej na teren Polski, Kazimierz wraz z trzema braćmi został wywieziony do Kazachstanu, do obwodu Aktiubińsk. Jego matka przebywała wówczas w szpitalu we Lwowie, a ojca aresztowało NKWD (później, 25.02.1944, Józef Dobrowolski trafił do obozu koncentracyjnego w Sztutowie jako więzień polityczny). W ten sposób chłopcy opuszczali Łomżę całkiem sami. W Kazachstanie Kazimierz ze starszym bratem pracowali w sowchozie Dżereń-Kupa (stacja Sol-Ileck). Wkrótce między generałem Sikorskim a Stalinem został zawarty układ, dzięki któremu na terenie Związku Sowieckiego zaczęła tworzyć się Armia Polska. Wstąpił do niej najstarszy z braci, a Kazimierz, wraz z dwoma młodszymi: Antonim (zwanym Tolkiem) i Andrzejem, trafili do sierocińca w Aszchabadzie.

Kto wie, jak potoczyłyby się losy chłopców, gdyby nie pewna kobieta. Dowiedziała się, że 40 wiorst od niej znajduje się sierociniec, w którym są polskie dzieci, a nadchodzą roztopy, po których dotarcie do tego sierocińca stanie się niemożliwe. Kobieta udała się więc po polskie dzieci, wśród których był Kazik, Tolek i mały Andrzejek. Zostały przewiezione do Pahlawi. Stamtąd część dzieci wyjechała z Hanką Ordonówną do Indii, a inne – wśród których byli Antoni i Andrzej – znalazły się w Nowej Zelandii. A Kazimierz? On przecież chciał umrzeć za ojczyznę.

Zgłosił się na ochotnika do Armii Polskiej tworzonej przez generała Władysława Andersa. Miał wówczas 15 lat i 8 miesięcy, a więc za mało, aby zostać żołnierzem. Ale nie posiadał przecież żadnych dokumentów, na których widniałaby jego – zbyt późna w tamtym momencie – data urodzenia. Kazimierz podał więc swój wiek, dodając sobie dwa lata. W taki sposób 4 września 1943 roku wstąpił do Armii Polskiej jako ochotnik. On sam pisze o tym następująco: „Bardzo chciałem walczyć, jednak musiałem spełnić warunki, jak np. mieć 17 lat, ale zabrakło mi 21,5 m-cy. Nie miałem żadnych dokumentów, ale podałem fałszywą datę, która brzmi ze znaków tożsamości: <<A.P. 1926.III.18 RZ. KAT., KAZIMIERZ DOBROWOLSKI.>>, a faktycznie miałem 15 lat i 8 m-cy”. „On po prostu chciał umrzeć za ojczyznę, a Anders przygarniał dzieci” – podsumowuje pani Benigna.

Kazimierz Dobrowolski, przeszkolony w Teheranie i w Gazie (na terenie Palestyny), po zdobyciu Monte Cassino został skierowany w ramach uzupełnień do 4. Pułku Pancernego („Skorpiony”) 2. Warszawskiej Dywizji Pancernej Batalionu Czołgów. Od czerwca 1944 do maja 1945 roku brał udział w kampanii włoskiej: w walkach od Adriatyku przez Ankonę do Bolonii. Był ładowniczym i radiooperatorem. Po wojnie rzadko wspominał tamte wydarzenia. Trudno się temu dziwić – przecież nawet poetom, którzy przeżyli wojnę, trudno było o niej pisać. A jednak tamte chwile tkwiły gdzieś głęboko i czekały na uwolnienie z więzów tajemnicy. I mówić źle, i milczeć nie było łatwo. Pisarze – świadkowie wojny, jeśli już zdecydowali się przemówić, to tylko prostym językiem, pozbawionym uczuć. Takim też mówi do mnie pani Benigna. I pewnie takim mówił jej mąż.

Kiedy Kazimierz wysiadł ze statku w Neapolu, pierwsze słowa, jakie usłyszał, brzmiały: „Bambino”. Włosi pokazywali go sobie nawzajem i tak właśnie mówili do siebie. Był szczupłym, drobnym chłopakiem, w dodatku bardzo młodym. Poza tym wydarzeniem z wyprawy pana Kazimierza pani Benigna opowiada mi jeszcze jedno, jedyne.

Pewnego razu samolot niemiecki przyleciał bardzo nisko nad czołgi Polaków i zaczął je ostrzeliwać. Dowódca szybko schował się pod czołg, natomiast pan Kazimierz pozostał w czołgu. „Ktoś może powiedzieć, że to bohaterstwo, ale przecież to samobójstwo!” – stwierdza pani Benigna. Na szczęście nic mu się nie stało. Ale inny żołnierz – z Lwowa – spłonął w czołgu. Inni tak mocno przeżyli jego śmierć, że trzeba było im zabrać broń, by nie pozabijali sami siebie. Pani Benigna, widząc zdziwienie na mojej twarzy, opowiada, że oni wszyscy bardzo się ze sobą zżywali, byli do siebie przywiązani jak rodzeństwo. Mówi też o niewyobrażalnie silnych emocjach, które kumulowały się w nich podczas walk i z którymi trudno było im czasem sobie poradzić.

Panu Kazimierzowi zostało to choć w pewien sposób wynagrodzone, kiedy otrzymał Krzyż Walecznych, Medal „Polska Swemu Obrońcy”, włoskie i angielskie odznaczenia: 1939-1945 Star, Italy Star, Defence Medal, War Medal 1939-1945 oraz odznaki pułkowe: Krzyż Benedyktyński i Skorpiona oraz Syrenkę – 2. Korpus Polski. Otrzymany w 1995 roku Krzyż Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a w maju 1999 roku, zarządzeniem Prezydenta RP, awans do stopnia podporucznika miały wynagrodzić także trudności, które spotkały pana Kazimierza już po wojnie.

Z Włoch, w 1946 roku, polscy żołnierze dotarli do Anglii. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, w maju 1947 roku, pan Kazimierz powrócił do Polski. W kraju zastał okrutną socjalistyczną rzeczywistość. Był inwigilowany. Matka próbowała ułatwić mu życie w powojennej Polsce, zmieniając jego datę i miejsce urodzenia, aby mógł ukończyć szkołę w trybie dziennym, a nie wieczorowym. Dlatego na dyplomie inżynierskim pana Kazimierza figuruje data urodzenia: 1929 rok (zmieniona później na właściwą – 1928) oraz miejsce urodzenia: Łomża. Pani Benigna śmieje się, że jej mąż miał trzy daty urodzenia. Matka zakopała też jego dokumenty związane z przynależnością do armii Andersa. Później państwo Dobrowolscy musieli pisać do Anglii o przysłanie cennych dokumentów, gdyż tamte przepadły. Mimo tych wysiłków matki pana Kazimierza, nie został on uchroniony przed wszystkimi przeszkodami. Po ukończeniu szkoły średniej próbował dostać się na studia. Najpierw udał się na egzamin wstępny do Akademii Medycznej w Białymstoku, gdzie chciał studiować medycynę. Wiedział, że z przeszłością w armii Andersa nie miał żadnych szans na funkcjonowanie w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a tym bardziej na dostanie się na studia, dlatego w rubryce „stosunek do służby wojskowej” podał, że walczył pod dowództwem generała Sikorskiego. To nie było już tak kontrowersyjne, bo – jak wyjaśnia pani Benigna: „Sikorski był bardziej ugodowy, a Anders ani trochę nie wierzył Stalinowi”. Jednak i to nie pomogło. Podczas rekrutacji z ironią zapytano go: „I może jeszcze do Sodalicji Mariańskiej należycie?” Później otrzymał tylko krótkie zaświadczenie: „Rektorat Akademii Medycznej w Białymstoku zaświadcza, że Ob. Dobrowolski Kazimierz, syn Józefa, ur. 2.I.1929 r. zdał egzamin wstępny na I rok studiów na Wydział Lekarski. Nie został przyjęty z braku miejsca.” Kiedy pan Kazimierz siedział zamyślony na ławce przed uczelnią, mijał go rektor. Podszedł i chwytając za medalik na szyi pana Kazimierza, powiedział: „I to było niepotrzebne”. Młody Dobrowolski nie poddał się. Pojechał na egzamin wstępny na Politechnikę Warszawską. Tam zadano mu pytanie, czy walczył przeciw Związkowi Radzieckiemu. Odpowiedział, że dla żołnierza rozkaz jest rozkazem. Zapytano więc, czy teraz zgodziłby się walczyć przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Odpowiedział powtórnie: „Dla żołnierza rozkaz jest rozkazem”. Kolejnym razem udał się na Politechnikę Wrocławską, gdzie wreszcie dostał się na Wydział Elektryczny, na kierunek: przyrządy pomiarowe. Pani Benigna tłumaczy, że we Wrocławiu było bliżej do Lwowa i panowały inne nastroje. Potem panu Kazimierzowi udało się przenieść na Politechnikę Warszawską, gdzie ukończył studia i w 1958 roku otrzymał tytuł inżyniera elektryka.

Pracował zawodowo około 40 lat. Za zasługi w pracy otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Złoty Krzyż Zasługi. Nigdy nie zapisał się do żadnej partii komunistycznej, choć otrzymywał takie propozycje. Może właśnie dlatego władze PRL nie zgodziły się, aby został dyrektorem łomżyńskiej elektrowni. Pozostał wierny swoim ideałom do końca życia, które zakończył 5 grudnia 1999 roku w Warszawie, po ciężkiej chorobie.

***

Pan Kazimierz i pani Benigna (z domu Kalinowska) wzięli ślub 25 października 1950 roku. Pani Benigna oznajmia z lekkim żalem, że mąż nie dożył ich 50. rocznicy ślubu. Zmarł niecały rok wcześniej. „Ale i tak był już leżący” – dodaje i opowiada, że 44. rocznicę obchodzili uroczyście; zamówiona była Msza święta w kościele na ulicy Freta, na warszawskiej Starówce. A teraz w każdą rocznicę chodzi na Wojskowy Cmentarz Powązkowski na jego grób.

Na murawie, pod świerkami czarne, granitowe tablice – wszystkie takie same – upamiętniają zjednoczonych znów, po śmierci, żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Na pobliskim murku z czerwonych cegieł widnieją nazwy oznaczające miejsca ważnych bitew. Jest tam także napis: „Ankona”. Właśnie za zasługi w bitwie o Ankonę pan Kazimierz Dobrowolski otrzymał Krzyż Walecznych.

opracowanie: Agata Kadłubowska

 

Zostaw komentarz

Uwaga: Komentarze są moderowane, przez co Twój komentarz może nie wyświetlać się od razu. Nie ma potrzeby kilkukrotnego wysyłania komentarz.