Życie generała Andersa…

Krew generała Andersa bryzga na wszystkie strony. Jedna sowiecka lub ukraińska kula właśnie trafiła go w biodro, druga utkwiła w udzie.

Wokół niego w ciemnościach świstają pociski. Ale wykrwawiający się w tę straszną noc 29 września 1939 roku generał nie wie, że te dwie głębokie rany prawdopodobnie… ratują mu życie. I wielu tysiącom Polaków w ZSRR. Rok 2007 ogłoszono przez Senat RP Rokiem Władysława Andersa. Większość z nas wie o Andersie tyle, że to zwycięzca z Monte Cassino. Tymczasem także inne epizody z jego życia są fascynujące. Urodził się w Błoniu pod Kutnem, ale jego rodzina pochodziła z Inflant. W I wojnie światowej chłopak walczył w armii carskiej. Później bronił Polski przed bolszewikami. Bardzo cenił go Józef Piłsudski.

Straszny wrzesień
We wrześniu 1939 roku gen. Anders dowodził Nowogródzką Brygadą Kawalerii. 1 września mocno przeżył widok niemieckiego lotnika, który z pułapu 50 metrów masakrował bombami i kulami grupkę stu dzieci, które biegły z nauczycielką schować się w lesie. „Mam przedsmak tego, jaka będzie ta wojna” – napisał w pamiętnikach. Z pola bitwy pod Mławą wyprowadził swoje oddziały nierozbite. Koło Płocka dostał jednak odłamkiem bomby w kręgosłup. Na dziesięć minut stracił władzę w nogach. – Szczęśliwie udaje się naprawić samochód, który został trafiony i ma przeszło 30 dziur – opowiadał później. W gipsowym bandażu przeprowadził swoich ułanów wśród walk aż na południe kraju.

Czy był dobrym dowódcą? Prof. Paweł Wieczorkiewicz uważa, że jego dowodzenie stało poniżej średniej. „Głównym jego osiągnięciem było konsekwentne unikanie zaangażowania swych sił, choć akurat był tam, gdzie bić się należało” – twierdzi. Jego opinia wydaje się jednak zbyt surowa: Anders przez cały miesiąc uchronił swoje oddziały przez rozbiciem. I to mimo że pechowo trafiał pod komendę najbardziej tępych generałów w historii Polski. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim musiał słuchać rozkazów gen. Dęba-Biernackiego, niekompetentnego pyszałka. Biernacki kazał atakować na wszystkich odcinkach, bez żadnego pomysłu taktycznego, a później opuścił swoje wojska i uciekł.

Anders był jedynym dowódcą, który pod Tomaszowem wyrąbał sobie korytarz wśród oddziałów niemieckich. Wyszedł z okrążenia i ruszył ku granicy polsko-węgierskiej. Po drodze bił kolejne oddziały zaskoczonych Niemców. Jego ułani mieli własną artylerię i zwykle walczyli podobnie jak piechota. Pod Krasnobrodem jednak poszli też do szarży. Choć jeden szwadron wyginął, Niemcy się poddali. Anders uwolnił tam kilkuset polskich jeńców. Granica węgierska była tuż. Niestety, przed nią stała już Armia Czerwona. Anders próbował przebić się pod miastem Sambor. I nawet nieźle mu szło, choć Sowieci rzucili na niego czołgi. Polacy otworzyli ogień i wkrótce aż 18 sowieckich czołgów płonęło.
Artylerzyści wystrzelili jednak w końcu ostatni pocisk. Więcej amunicji już nie było. – Podzielić się na małe grupki i przekradać się ku granicy! – rozkazał z ciężkim sercem Anders. Ruszyli między zaroślami. Raz kilka kroków od grupki generała przeszedł radziecki patrol. W końcu wpadli na partyzantów ukraińskich, zapewne wymieszanych z Sowietami. Anders dostał dwie kule. – Dalej idźcie sami! – wołał, ale żołnierze za nic nie chcieli go zostawić. Najpierw odpowiadali napastnikom ogniem, a potem pobiegli na nich do ataku na bagnety. „Jak wspaniała była w tej chwili ta garstka Polaków” – zapisał po latach generał. Żołnierze prawie nieśli go dalej na rękach. Dopadły go jednak krwotoki. „Dałem kategoryczny rozkaz, żeby szli na Węgry. Żegnam tych świetnych żołnierzy” – zapisał.

Kopnąć generała
Rankiem generała aresztowali Sowieci. Już go wywozili ze Lwowa, zapewne do obozu dla polskich oficerów, ale… zepsuł im się samochód. Zaczęli szukać sprawnego. „Krzyczę, że krwawię i w ogóle nie mogę się ruszać” – zanotował Anders. W końcu zawieźli generała do lwowskiego szpitala. To ocaliło mu życie. 14 tys. polskich oficerów, którzy trafili do obozów jenieckich, Sowieci rozstrzelali.

Generał Anders przeszedł w ZSRR kilka więzień. Odmówił wstąpienia do Armii Czerwonej, choć funkcjonariusze NKWD kusili go wysokim stanowiskiem. Później bili go i kopali. Kiedyś, gdy powoli wchodził o kulach na schody, potrącali go na każdym piętrze. „Spadałem na dół. Cudem nie połamałem rąk i nóg” – pisał. Zimą wiele tygodni spędził w izolatce bez szyby w oknie. Co dwa, trzy dni dostawał chleb i talerz obrzydliwej lury. Andersowi wyrosła broda, zamarznięta na kość od ropy, która ściekała z odmrożonych policzków. Mimo to znów odmówił wstąpienia do sowieckiej armii. „Nie przetrzymałbym więcej niż dwa tygodnie” – napisał potem.

Przeniesiono go jednak do innego więzienia, na słynną moskiewską Łubiankę. Rosjanie pocięli mu tam ubranie i znaleźli medalik z Matką Boską. Anders wspominał: „Zbierają się w kilkunastu nad medalikiem. Śmiech grubiański. – No, zobaczymy, czy ci ta k… pomoże w sowieckim więzieniu. Medalik rzucony na ziemię i zdeptany nogą. Do dziś dnia nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Później w więzieniu często śnił mi się ten medalik. Ciągle widziałem twarzyczkę Matki Częstochowskiej, najczęściej podobną do św. Teresy. Czułem Jej ciągłą opiekę nad sobą. Im więcej słyszałem koło siebie śmiechu bezbożników, tym głębiej utrwalała się we mnie wiara w Boga”.

Przed wojną Anders był protestantem. W więzieniu postanowił jednak, że przejdzie na katolicyzm, jeśli przeżyje i odzyska władzę w nogach. Obietnicy dotrzymał.
Armia szkieletów
Kiedy Niemcy napadli na ZSRR, Rosjanie nagle stali się milsi. Anders wyszedł na wolność, by zorganizować polską armię w Związku Sowieckim. Nie umiał jednak dopytać się, gdzie przepadło 14 tys. polskich oficerów. – Oni uciekli – powiedział mu kiedyś Stalin. – Dokąd mogli uciec? – pytał Anders. A Stalin: – No, do Mandżurii.

Do wojska napływali jednak inni Polacy, których Sowieci uwolnili z łagrów. Byli tak wygłodzeni i wycieńczeni, że całymi tysiącami umierali nawet już po dotarciu na miejsce. Anders zbudował z nich armię szkieletów. Mieli na sobie łachmany, ale – ku zdumieniu sowieckiego marszałka Żukowa – wszyscy byli ogoleni. „Przyjąłem defiladę żołnierzy bez butów. Uparli się, że chcą maszerować” – wspominał Anders.

Rosjanie nie przekazywali jednak Polakom dość żywności. Anders zdecydował więc o ewakuacji do Iranu, pod opiekę Brytyjczyków. Wbrew rozkazowi z Londynu ewakuował jednak całą 75-tysięczną armię. A także 40 tys. cywilów, w tym kobiety i dzieci, którzy przyjechali do niego z całego ZSRR. Anders naraził się tym czynem wszystkim, nawet Anglikom, którzy w Iranie nie chcieli tylu ludzi. Ale dzięki temu, że odważył się złamać rozkaz, ocalił tej cywilnej ludności życie.

Być może dlatego jego podwładni tak go kochali. Po krwawej bitwie o Monte Cassino Anders prowadził ich jeszcze do zwycięstw w bitwach o Anconę i Bolonię we Włoszech.

Życie osobiste Władysława Andersa było zagmatwane: przed wojną ożenił się z rozwódką, Ireną Jordan-Krąkowską. Miał z nią córkę i syna. Ale po wojnie rozwiódł się z nią. Ożenił się z poznaną w wojsku piosenkarką Ireną Jarosiewicz. W wieku 60 lat urodziła mu się córka. Generał przeszedł też na katolicyzm.
Komuniści po wojnie odebrali Andersowi polskie obywatelstwo. Jednak z tym, że już nie wróci do kraju, generał pogodził się dopiero w 1960 roku. Kupił wtedy dom w Londynie. Wciąż działał na rzecz Polski.

Ale grał też z córką w piłkę, a z przyjaciółmi w brydża. W sobotę chodził z żoną do polskiego teatru, w niedzielę do kościoła. Czasem tylko w restauracji kelner prężył się na baczność, stukał obcasami i składał meldunek. Anders komenderował wtedy: „Spocznij!”, brał kelnera w ramiona i wypytywał o jego losy.

W ostatnim roku życia Anders zdążył się pojednać ze swoimi starszymi dziećmi. Coraz częściej odzywały się jego rany z 1939 roku. Zmarł w domu w Londynie w 1970 roku.